czwartek, 29 września 2016

zamknięte drzwi

Czytając Apokalipsę św. Jana natykamy się w trzecim rozdziale na taki fragment: "Oto stoję u drzwi i kołaczę, jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną".
Wspaniała obietnica dla tych, którzy zapraszają Jezusa do swojego życia i serca. Dlaczego więc tak wielu chrześcijan jest sfrustrowanych, niespełnionych i rozczarowanych z życia z Jezusem, wydawać mogłoby się, że Bóg nas okłamał obiecując wspaniałą ucztę w zamian za prosty gest: szczerą modlitwę.
Wyobraźmy sobie jednak, że nasze serce to nie jedna izba, ale mieszkanie z wieloma pokojami i sypialniami. Zapraszając Jezusa do serca, czyniąc ten pierwszy gest, wpuszczamy Go tak naprawdę do przedpokoju. Teraz należałoby pootwierać przed Nim resztę pomieszczeń. "Tutaj jest pokój: zdrowie, wejdź Jezu i rozgość się, jesteś mi tu bardzo potrzebny, tutaj jest pokój dzieci, koniecznie potrzebuję tutaj Twojego prowadzenia, ale do pokoju: praca, małżeństwo, relacje z rodziną, to może nie zaglądaj, bo tam panuje taki bałagan, że wstyd patrzeć, wpuszczę Cię tam, gdy trochę poogarniam sytuację. Aha, no jest jeszcze pokój: finanse, tu możesz zajrzeć od czasu do czasu, ale już do pokoi: hobby, zainteresowania, czas wolny, tylko ja mam klucze, więc bądź tak miły i trzymaj się z boku, w końcu każdy potrzebuje nieco prywatności". 
Czy właśnie nie tak, drogi czytelniku, wygląda czasami Twoja relacja z Bogiem, oddajesz Mu te dziedziny, które są dla Ciebie wygodne, bezpieczne, a resztę próbujesz zatrzymać dla siebie. Mieszkanie jest czyste, kiedy w każdym pokoju panuje porządek, pozwól więc Jezusowi posprzątać i urządzić całe mieszkanie swojego serca, zapewniam cię, że zrobi to dużo lepiej i skuteczniej niż Ty.
Free stock photo of typography, white, door, fence

niedziela, 25 września 2016

trochę prywatnie

Kilka słów o mnie. Mówiłam już, że mam trójkę dzieciaków, dwie córy i syna. Zawsze powtarzam, że dzieciaki wymodlone, bo kilkanaście lat temu wyszłam od swojego lekarza z diagnozą, że potomstwo mi nie pisane. Zatem zanim podjęłam wędrówkę po lekarzach, szpitalach i klinikach w pogoni za realizacją mojego największego pragnienia, przyszłam do najlepszego Lekarza prosząc Go o pomoc. Czytając Biblię natknęłam się na słowa z psalmu 78:
 " Aby to poznało przyszłe pokolenie, 
synowie, co się narodzą, 
że mają pokładać nadzieję w Bogu 
i nie zapominać dzieł Boga, 
lecz strzec Jego poleceń".
Uchwyciłam się tego słowa i z dreszczem emocji kupowałam kolejne testy ciążowe. A kiedy zobaczyłam na jednym z nich dwie kreseczki, wiedziałam już, że Jezus mnie nie zawiódł. Porzuciłam zdziwionego lekarza, a kolejnemu nie wspomniałam ani słowem o zdiagnozowanej bezdzietności. I tak na świecie pojawiła się Dominika, potem, Przemek, w końcu Wioletka. Dziś jestem szczęśliwą, czasem zmęczoną matką wspaniałych dzieciaków
Wiem, że Jezus ma szczególne dla nich plany, więc dokładam wszelkich starań, by nie rozminąć się z Jego wolą i cieszę się widząc jak dorastają i codziennie przypominają mi jak dobry dla mnie okazał się Bóg.

piątek, 23 września 2016

Dwie twarze

Zastanawialiście się kiedyś, jak łatwo człowiek przyzwyczaja się do różnych sytuacji, coś, co w pierwszej chwili wydaje się  nowe, dziwne, po krótszym lub dłuższym czasie staje się normalne, zwłaszcza jeśli są to dobre zmiany. Łatwo przenosić się z malucha do mercedesa, z kawalerki do apartamentu, z płacy minimalnej na średnią krajową, w drugą stronę  trudniej, prawda?
Niestety natura człowieka pozwala mu przyzwyczajać się również do złych rzeczy i to co kiedyś budziło oburzenie, czy wręcz grozę, dziś wydaje się naturalne i mało kogo szokuje. Spójrzmy choćby na takie zagadnienia jak homoseksualizm, seks przed i pozamałżeński, mnogość płci, transwestytyzm, prostytucja, ciężarne nastolatki, dzieci prawie. Coś co jeszcze kilka dekad temu robiło się w tajemnicy i ze wstydem, dziś jest powodem do dumy i przechwałek. O ile powyższe sytuacje jesteśmy jeszcze skłonni traktować jako występek, to są  przecież jeszcze inne rzeczy jak: horoskopy, astrologia, wróżenie, tarot, spirytyzm, bioenergoterapia. Dziedziny, które na dobre zadomowiły się w naszej codzienności i wyzierają do nas z każdego dostępnego medium. Jak w tym wszystkim ma odnaleźć się człowiek w naszym; przecież, według statystyk, chrześcijańskim kraju?
Wszystkie te wymienione rzeczy są nie zgodne z Biblią i złe w oczach Boga, a jednak większość ludzi nie widzi sprzeczności w chodzeniu na mszę i do wróżki, czytania Pisma świętego i horoskopów. Pozwala by o jego życiu i wyborach decydował układ gwiazd, imię, czy data urodzenia. Jak to nazwać: obłudą, hipokryzją, czy po prostu brakiem czujności? Jak nazwać człowieka, który dopuszcza, by jego sercem i umysłem zawładnęły destrukcyjne myśli i filozofie. Więc jeśli już mam  pozwalać by ktoś lub coś determinowało moje życie, niech będzie to Jezus, który wie więcej i widzi dalej, a przede wszystkim mnie kocha i chce mojego dobra. 

Jeszcze krótka bajka w temacie , do przemyślenia, do refleksji.

środa, 21 września 2016

trudna sztuka dorastania

 Podobno nastolatka trudniej zrozumieć niż kobietę, co mogłoby wydawać się dziwne zważywszy fakt, że każdy dorosły był kiedyś nastolatkiem. A jeśli jeszcze nastolatek to dorastająca kobieta, która przekroczyła magiczny wiek 12 lat, problem zdaje się przekraczać umiejętności rodzicielskie większości dorosłych. Sprawdza się tu stara prawda: "Zapomniał wół, jak cielęciem był". Z dziećmi tak już jest, że dziś zmieniasz im pieluchę, jutro zakładasz tornister, a pojutrze prowadzisz do ołtarza. Dlaczego zatem jest tak, że kiedy dzieciaki są małe nie możemy się nimi nacieszyć, napatrzeć, zachwycamy się każdym nowym słowem, umiejętnością. A kiedy zaczynają dorastać często bierzemy ten fakt na przeczekanie, odpuszczając, pasując, odczuwając bezradność i frustrację. A dlaczego nie cieszyć się właśnie tym, że nasze dziecko w tym trudnym okresie również nabywa cennych umiejętności, rozwija się, mądrzeje, krzepnie. Zatem szeroko otwieram oczy i uszy by nie uronić ani jednego dnia z tej wspaniałej choć trudnej młodości mojego dziecka, cierpliwie znoszę upokorzenia, gdy mój syn tłumaczy mi ułamki, gasi celną ripostą, a starsza córka ogrywa w szachy, czy badmintona, wprowadza w arkana Facebooka. Ukrywam przerażenie jakie wywołują u mnie ich pomysły, przemilczam kategoryczne stwierdzenia na temat sensu istnienia, nie słyszę pretensji, oburzenia, roszczeń, nie wypominam bałaganu w pokojach i głowach. Po prostu cieszę się, że są i staram się być dla nich, mając tę świadomość, że jeszcze chwila, a staną się dorośli. Wychowanie nastolatka to trudne zadanie, ale nie skazane na porażkę. Pomoc dla zdesperowanych tutaj i tutaj, i jeszcze tutaj.
CC0, źródło tutaj

Na początek.

21.09.2016

Czytając ewangelię w/g św. Jana można się natknąć na zdanie, które wypowiedział Jezus: "Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości", Ta wypowiedź, a właściwie obietnica, może budzić fałszywe przekonanie, że życie chrześcijanina to pasmo sukcesów, dobrobytu i spełnionych marzeń. Nic bardziej mylnego. Takie myślenie prowadzi do rozczarowań, zawodu i frustracji. Jako chrześcijanka, nauczycielka, żona i matka trójki dzieci doświadczam obfitości w każdej dziedzinie mojego życia. I to jeszcze jak! Dla mnie to obfitość miłości mojej rodziny, przytulania i uśmiechu, obfitość dumy i satysfakcji z moich uczniów i dzieci, gdy odnoszą sukcesy, obfitość zabawnych sytuacji, wspólnie spędzonego czasu, wzruszeń, radości, pozytywnych emocji, obfitość wyjazdów, wspólnych przedsięwzięć, działań, poczucia wspólnoty. Ale jest też inna obfitość, o której trudniej się mówi i która, zdawałoby się, żadną miarą nie pasuje do życia obiecanego przez Jezusa. To obfitość nieprzespanych nocy, obiadopodobnych posiłków, niedojedzonych śniadań, to obfitość prania, zmywania i wszechobecnego bałaganu. To obfitość konfliktów, różnicy zdań i interesów, obfitość żenujących sytuacji, trudnych wyborów i impasów. To obfitość, nerwów, bezradności i wydatków. Można by wymieniać jeszcze przez trzy strony. Jednym słowem, wszystko co składa się na życie. Dobrych i złych chwil w życiu doświadcza każdy, i chrześcijanin, i agnostyk, i ateista. Z Jezusem jest po prostu łatwiej, bo żyję w przekonaniu, że nic nie dzieje się przypadkiem, a cokolwiek by się nie wydarzyło, jestem bezpieczna. Nie można przecież ciągle jeść miodu, potrzebne są też inne smaki. Nikt oglądając się wstecz, nie chciałby przyznać, że jego życie było monotonne, nudne i jednokolorowe. Doceniajcie sobie obfitość, bo to ona właśnie stanowi o pełni życia.